Kiedy dotarli pod Giewont, wokół nich szalały pioruny. „Robimy to, bo ludziom dzieje się krzywda”

Odwiedziliśmy siedzibę TOPR, by poznać codzienność ratowników. To pasjonaci, którzy mają poczucie misji. Jak sami mówią, robią to, bo trzeba nieść pomoc ludziom w górach. Często słyszą „dziękuję”, czasem nie. Ale zawsze czują satysfakcję, że znowu można było komuś pomóc. Jak nie Oni, to kto?

Fot. Łukasz / Kraków w Pigułce

Przed przyjazdem do Zakopanego skontaktowaliśmy się z ratownikami, by spytać czy będą mieli dla nas czas. Obiecali z nami porozmawiać, o ile nie będą mieli nawału pracy. Na szczęście, interwencji tego dnia nie było wiele. Poprzedniego jednak było ich aż 15.

O tym, jak wygląda życie ratowników TOPR i jakie interwencje podejmują opowiedział nam ratownik Tomasz Wojciechowski.

Michał Wierzbicki (Kraków w Pigułce): Dziękuję, że poświęcają nam Państwo swój cenny czas.

Tomasz Wojciechowski (TOPR): Dziękuję za odwiedziny. Na szczęście na razie sytuacja wygląda spokojnie.

KwP: Ostatnio dowiadujemy się o dużej ilości interwencji. TOPR reaguje nawet kilkanaście razy dziennie. Czemu?

TW: Ilość wypadków w dużej mierze jest sezonowa. Jak w Zakopanem są dziesiątki tysięcy, a czasem powyżej stu tysięcy ludzi to i wypadków jest zdecydowanie więcej. Oczywiście nie ma reguły. Dwa dni temu turystów było tyle samo, co dzisiaj, wyjść w góry podobnie, a ilość interwencji potrafi być diametralnie różna. Przez dwa ostatnie dni było ich kilkanaście każdego dnia, dzisiaj jest na razie jedna. Zdarzają się też sytuacje wyjątkowe. Czasem jest tak, że turystów nie ma, pogoda też raczej nie sprzyja wyjściom w góry, a pech chce, że komuś się coś stanie i wyprawa trwa długie godziny, bo np. pogoda nielotna.

Fot. Kraków w Pigułce

KwP: Czy są jakieś błędy, które popełniają ludzie idąc w góry?

TW: Nie należy rozpatrywać wypadkowości poprzez pryzmat błędów. Najczęściej dochodzi do urazów kończyn – skręcenia, złamania. Ktoś idzie, źle postawi nogę i dochodzi do urazu, co może się też stać na ulicy. Należy tylko pamiętać, by do gór nie podchodzić w sposób nonszalancki – wszyscy idą to i my pójdziemy. Dużo ludzi chodzi, ale nasz organizm, który może nie być przyzwyczajony do takich warunków może zareagować różnie. Możemy mieć problem z długim podejściem, z różnicą wysokości, ze stromiznami. Nawet jeżeli ktoś chodził po górach dużo, to przez rok pandemii organizm może do tego inaczej podejść. Apelujemy, by turyści planowali wycieczki zdecydowanie wcześniej – utrzymywali formę i wiedzieli co na szlaku może ich spotkać. Jest wiele ładnych i ciekawych miejsc i ich urok nie musi oznaczać używania łańcuchów czy drabin. Jeżeli w górach szukamy ciszy i spokoju to lepiej wybrać godziny poranne. Na szlakach turystów jest zdecydowanie mniej, nie ma kolejek, a później po powrocie mamy czas na inne atrakcje. W górach zdarzają się też zachorowania, zabłądzenia, upadki z wysokości, całe spektrum zdarzeń, chyba tylko porodu nie przyjmowaliśmy, ale obserwując przyszłe mamy na szlakach, nie można tego wykluczyć

KwP: Czy są jakieś interwencje, które szczególnie państwo pamiętają? Nie chodzi nam o te tragiczne, ale raczej niecodzienne lub takie, które dawały dużo satysfakcji.

TW: Najprzyjemniejsze jest to, jak ktoś dzwoni, a po chwili rozmowy okazuje się, że tak właściwie to tej pomocy nie potrzebuje <śmiech>.

Pamiętam taką wyprawę , gdzie zgłaszającymi byli księża (na wagarach z rekolekcji). Usłyszeli głos wzywający pomocy. Ekipa ratunkowa poszła, okazało się, że kobieta utknęła na półce skalnej,  spędziła tam dwa dni, w nocy spadł dodatkowo śnieg. Turystka widząc zbliżających się nocą ludzi, wołała „Przyjdźcie jutro bo się ściemnia” Później tłumaczyła, że myślała, że to jacyś turyści idą jej na pomoc i bała się, że dojdzie do wypadku. Jedna z nielicznych, ale bardzo sympatyczna chwila gdy ktoś bardziej martwi się o nas niż o siebie. Pani była cała i zdrowia, po wyprowadzeniu z urwiska schodziła na własnych nogach. Takie wyprawy lubimy.

Fot. Łukasz / Kraków w Pigułce

KwP: Czy są wyprawy, które trwają wiele dni lub szczególnie skomplikowane?

TW: Są takie interwencje. Chociażby interwencja sprzed dwóch lat, gdzie speleolodzy utknęli w jaskini. To wyprawy trudne fizycznie i psychicznie, działanie w skrajnie niekorzystnych warunkach. Mój dyżur przypadł wtedy na powierzchni. Tam też nie było komfortowo. Pierwszej nocy przyszedł niedźwiedź w całkowitej ciemności, ale i tak to było nic w porównaniu z tym z czym mierzyli się ratownicy pod ziemią.

Minęło kilka dni i był wypadek na Giewoncie, gdzie pomocy wymagało 200 osób, część z nich porażona była piorunami. Śmigłowiec nie mógł dolecieć. Na miejscu nadal uderzały pioruny, kiedy pierwsi ratownicy dotarli na miejsce.

Większość wypraw, jest trudna i skomplikowana, to że tego nie widać, świadczy o profesjonalizmie ratowników, kunszcie pilotów śmigłowca. Każda wyprawa jest inna,  nawet jeżeli jest to przysłowiowa skręcona kostka, to jeżeli turysta jest w trudno dostępnym miejscu, przy kiepskich warunkach może okazać się walką o życie.

Każda interwencja jest inna. Nie da się zrobić kalki, trzeba wyczucia i intuicji. Musimy kierować się pewnymi zasadami, by pomóc poszkodowanym, ale również, by te działania były bezpieczne dla ratowników.

Fot. Łukasz / Kraków w Pigułce

KwP: Czy zdarzają się zgłoszenia kuriozalne? Takie, które mogą zajmować czas ratownikom, podczas, gdy kto inny może potrzebować pomocy?

TW: Mamy zgłoszenia, których kiedyś nigdy nie było. Kogoś bolą nogi, ktoś jest słaby, bo skończyło mu się picie, inny dzwoni, bo coś zjadł, w zasadzie nie wie co i zaczął wymiotować na szlaku, a komuś odjechał koń i nie ma siły iść. Kiedyś nikomu nie przeszło do głowy, by dzwonić do służb ratowniczych w takich sprawach, teraz tego typu zdarzeń jest więcej.

KwP: Czasem próbują traktować TOPR, jako taksówkę?

TW: Interwencji w ciągu roku mamy około tysiąc. Na szczęście takie działania to minimalny odsetek. Kiedy jest to w pełni uzasadnione, odmawiamy podjęcia działań. Zdarza się tak, że czasem ktoś nas „naciągnie” i wysyłamy ratowników, nie jesteśmy w stanie zweryfikować sytuacji przez telefon. Wychodzimy z założenia, że lepiej iść niepotrzebnie niż uznać, że interwencja nie jest konieczna, a potem dowiedzieć się, że jednak była niezbędna. Czasem jest tak, że ratownicy idą pieszo, informujemy, że potrwa to 2-3 godziny. Wtedy zgłaszający uznaje, że czas oczekiwania jest za długi i sam schodzi. Cudowne ozdrowienie <śmiech>.

Fot. Kraków w Pigułce

KwP: Częściowo już mam odpowiedź na to pytanie, ale jednak dopytam: czy do akcji często wykorzystywany jest śmigłowiec?

TW: Dwa wynalazki zrewolucjonizowały ratownictwo górskie. Pierwszy to śmigłowiec, który znacznie skraca czas akcji ratowniczej. Używamy go tak często, jak jest to konieczne i kiedy jest „lotna pogoda”. Dzieje się tak głównie wtedy, gdy ratowany musi znaleźć się szybko w szpitalu. Zdarzają się opinie typu „Wy latacie do byle czego”. Dla osoby, która nie uczestniczy w zdarzeniu np. skręcona kostka może być „byle czym”. Osoba, która mieszka w mieście i na ulicy skręci kostkę, może poczekać na przystanku i jechać do szpitala. Natomiast, gdy turysta jest gdzieś daleko i wysoko, lepiej jest wysłać śmigłowiec, niż wysłać pieszo 12 ratowników, którzy będą znosić poszkodowanego w noszach kilka godzin. Kiedy mielibyśmy drugą interwencję np. w lesie nie mielibyśmy wtedy kogo tam wysłać. Czasem więc leci śmigłowiec, bo jest taka pilna potrzeba, a czasem, bo trzeba odpowiednio zarządzać siłami i środkami. Śmigłowca nie używamy dla własnej wygody, tylko po to żeby skrócić cierpienia ratowanego i szybko przekazać go do szpitala. Drugi wynalazek to telefony komórkowe, dzięki którym często mamy zgłoszenie od razu po zdarzeniu.

Fot. Kraków w Pigułce

KwP: Jakie warunki musi spełnić kandydat na ratownika?

TW: Teoretycznie ratownikiem może zostać każdy, kto ma odpowiednie warunki fizyczne, kto zna topografię Tatr, kto umie bardzo dobrze jeździć na nartach, wspinać się i ma dwóch ratowników wprowadzających, którzy poręczą za kandydata. Teoretycznie każdy, praktycznie jednak nie każdy.

Kandydaci przez dwa lata muszą przejść specjalistyczne szkolenia, odbyć setki godzin na społecznych dyżurach, brać udział w wyprawach ratunkowych w różnych, często bardzo trudnych warunkach. Wtedy, kiedy inni z gór uciekają bo są złe warunki, ratownicy właśnie wychodzą w góry by nieść pomoc potrzebującym. Takie działania bezlitośnie weryfikują kandydatów.

Jak już kandydat zostanie ratownikiem, realizuje swoją pasję jako Ratownik Ochotnik, ma wiele obowiązków: wyprawy, dyżury, unifikacje, szkolenia i wszystko społecznie, trzeba to pogodzić z pracą zawodową i życiem rodzinnym. Szansa żeby zostać ratownikiem zawodowym niewielka, jest 40 etatów, żeby kogoś przyjąć musi zwolnić się miejsce, a to dzieje się bardzo rzadko, tym bardziej, że jakiś czas temu zmieniono wiek przechodzenia ratownika na emeryturę z 55 na 65 lat. W TOPRze jest ok. 140 ochotników na których zawsze można liczyć. Bez ratowników-ochotników którzy są fachowcami w tym co robią nie bylibyśmy w stanie tak sprawnie funkcjonować. Mamy do nich ogromny szacunek.

Fot. Kraków w Pigułce

KwP: Jakie są zarobki w TOPR?

TW: Zarobki zawsze mogły by być większe. Praktyka jest taka, że ratownicy dorabiają, jako przewodnicy, instruktorzy, ratownicy medyczni na karetkach. Wszystko kosztem czasu wolnego i rodziny. No ale gentelmani o pieniądzach nie rozmawiają.

KwP: To czemu to robicie? Dla idei? Dla celu? Bo nie dla pieniędzy

TW: Na pewno nikt tego nie robi dla pieniędzy. Są inne rzeczy z których są większe pieniądze.

To jest w nas, to jest potrzeba tego działania. Jeżeli komuś dzieje się krzywda w górach to trzeba go ratować i nie zostawić bez pomocy.

Copyright © 2019 krakowwpigulce.pl  ∗  Polityka prywatności  ∗  Powered by BLUEICE